Aurelia w pięciu smakach
Interesujący koncert w Miejskim Ośrodku Kultury


Początkujący artyści wcale nie muszą być gorsi od swoich wszechobecnych medialnie kolegów po fachu. Ba, od wielu z nich – jak pokazał to choćby piątkowy występ zespołu Aurelii Luśni – mogą być nawet znacznie lepsi… Ale o tym póki co dowiedzieli się tylko bywalcy MOK-u na Norwida.

Nie od dziś wiadomo, że wrażenia wyniesione z wydarzenia kulturalnego nijak się mają do rynkowej wartości artysty lub, ostatnio coraz częściej, „artysty”. Tak naprawdę często najjaśniej świecą przecież gwiazdy nie tych, którzy mają dobre głosy i sprawne palce, lecz tych, co to, wespół z ponadprzeciętnym parciem na szkło czy afisz, posiedli zgoła inne przydatne w kontaktach międzyludzkich umiejętności. Absolwentka Akademii Muzycznej w Gdańsku Aurelia Luśnia oraz jej czterosobowy, na poły akustyczny, zespół należą
z pewnością do tej pierwszej grupy.

Kiedy w piątkowe popołudnie rozbrzmiały na Norwida pierwsze dźwięki wyemitowane przez aureliowy band, od razu było wiadomo, że będzie ciekawie. Już tradycyjna sekcja rytmiczna (z bardzo kontrabasowo brzmiącym elektrycznym basem), akordeon i gitara klasyczna kompozytora większości piosenek grupy, Pawła Stankiewicza, stanowiły dosyć obiecujący zestaw muzyczny. I tych nadziei on nie zawiódł. A po dodaniu do niego intrygującego, momentami przypominającego barwą i manierą wokalną Justynę Steczkowską, głosu sympatycznej Aurelii było jeszcze ciekawiej. Raz ze sceny leciały pieszczące ucho, akustyczne „snuje”, zaraz potem przyjemne, niemal popowe piosenki (vide „Zostań ze mną” – materiał na przebój!), by po chwili zamienić się w żywiołowe, zalatujące jazzem improwizacje. Pojawiły się nawet orientalne nuty ozdobione przez frontmankę niemniej orientalnym tańcem! A wszystko to w dobrym gatunku; tak pod względem harmonii, jak i brzmienia. – Nasza muzyka jest bardzo różnorodna i trudno nam ją jednoznacznie zdefiniować. Fakt że niekiedy porównuje się ją do dokonań takich artystów jak Norah Jones czy Sting jest dla nas dużym komplementem, ale bardziej chodzi tu o naśladownictwo pewnego muzycznego klimatu, a nie muzyki samej w sobie – mówi Aurelia Luśnia.

Jakby na przekór obawom organizatorów, piątkowemu koncertowi nie przysłuchiwały się jedynie MOK-owskie ściany. I chyba dobrze to świadczy o gustach legionowian. Widać wiedzą oni, że, podobnie jak własną dietę, muzyczne menu niezdrowo jest opierać ciągle na tych samych składnikach. Zwłaszcza jeśli mamy uzasadnione podejrzenia co do ich wartości odżywczej.
Waldemar Siwczyński - GAZETA MIEJSCOWA Portal Legionowa i okolic - 17 maj 2007